Dość często niestety spotykam się z przypadkami, gdy osoba szanowana, dobrze wykształcona, często o wielu osiągnięciach w różnych dziedzinach (biznesowych czy naukowych), traktuje kwestie związane ze spamem na zasadzie „to nie mój problem”. Napawa mnie to smutkiem i frustracją, ponieważ moim zdaniem jest to przejaw egoizmu i braku zainteresowania sprawami innych, który wydaje mi się nie iść w parze z piastowaniem wysokich stanowisk publicznych. Może Wy, drodzy Czytelnicy, powiecie mi z czego wynika taka postawa niektórych osób?

„Mnie nie spamują, więc wszystko jest OK”

Zdarzają się sytuacje, w których internauta otrzymuje mało spamu, w związku z czym zakłada, że wszyscy inni internauci są w tej samej sytuacji. Wynika to zazwyczaj z faktu, że osoba ta nie publikuje ani nie publikowała nigdy jawnie swojego adresu e-mailowego, lub też ma adres nie padający zbyt łatwo ofiarą ataków słownikowych. Może też wynikać z tego, że dostawca usług internetowych stosuje bez wiedzy tej osoby skuteczny filtr antyspamowy.

W takiej sytuacji często występuje syndrom przypominający znieczulicę społeczną. Porównałbym to do sytuacji, gdy nie interesuje nas iż obrabowano naszego sąsiada, bo my mamy dobre zabezpieczenia antywłamaniowe. W związku z tym nie poczuwamy się do żadnej chęci pomocy, a także, co gorsza, uważamy iż wyższe kary dla rabusi są bezsensowne, bo przecież nam nic nie ukradziono.

Spam jednych dotyka bardziej, drugich mniej. Tak jak i inne problemy w codziennym życiu. Nie dziwi mnie, że osoby otrzymujące mało spamu i niezorientowane w temacie po prostu nie wiedzą, iż inni dostają na swoje skrzynki często kilkudziesięciokrotnie więcej śmieci niż normalnych listów. Dziwi mnie natomiast, iż osoby te, gdy zostaną poinformowane o skali problemu, nadal twierdzą, że problem nie istnieje, a także nie chcą ruszyć małym palcem u nogi, by pomóc innym w zwalczaniu plagi. Nawet, jeśli pomoc ta ich nic nie kosztuje, prócz może odrobiny czasu.

„To mnie zainteresowało, więc to nie spam”

Innym syndromem, z którym się spotykam, jest ocenianie czy dana wiadomość jest spamem czy nie na podstawie własnych zainteresowań. Chodzi mi o sytuacje, w których ktoś otrzymuje niechciany list, ale jego treść okazuje się interesująca. Zdarza się, że taka osoba uważa wtedy, iż mimo że list został rozesłany do tysięcy jeśli nie milionów innych niezainteresowanych internautów, to nadawca listu spamerem nie jest. Bo przy okazji trafił do kilku użytkowników, których temat ten interesuje.

Właśnie na takie osoby najbardziej liczą spamerzy. Takie, które mimo iż wiedzą, że wiadomość została rozesłana do milionów innych, reagują na nią tylko i wyłącznie z osobistych pobudek, dla własnego interesu, zasilając kiesę spamera i w ten sposób zachęcając go do dalszego zarzucania skrzynek niepożądanymi treściami (w nadziei, iż takich osób będzie więcej). Gdyby nie było takich sytuacji, to spamowanie nie miałoby racji bytu, albowiem spamerzy nie zarabialiby na swojej działalności złamanego grosza. Dlatego też każdy, kto w jakikolwiek sposób kupuje od spamerów lub ich świadomie promuje, powoduje iż spam przybiera na sile, ponieważ nadawcom działalność się opłaca.

Nie mogę więc zrozumieć, jak człowiek inteligentny i wykształcony może uważać, iż wiadomość rozesłana dokładnie na tej samej zasadzie, co reklamy Viagry, tanich kredytów mieszkaniowych w USA czy też stron o treści pornograficznej spamem nie jest, ponieważ akurat zainteresowała odbiorcę swoją treścią. Nie mieści mi się to w głowie. To z kolei porównałbym do sytuacji, gdy kupujemy świadomie kradziony telefon komórkowy na bazarze, bo jest taniej, w ten sposób zachęcając złodziei „komórek” do dalszego prowadzenia działalności kryminalnej. I nie interesuje nas, że przy tej okazji ktoś traci pieniądze a nawet zdrowie lub życie.

„Przecież to tylko drobna niewygoda, to nic nie kosztuje”

Jeszcze innym syndromem, z którym niestety spotkałem się w przypadku osób na wysokich stanowiskach, nieprzeciętnie inteligentnych i wykształconych, jest ignorowanie kosztów związanych ze spamem. Niestety, niektórym wydaje się, że sam fakt, iż mają aplikacje eliminujące większość spamu na komputerze odbiorcy (po pobraniu wiadomości), oznacza iż nikt nie ponosi w związku z tym żadnych kosztów.

Osoby takie wydają się nie rozumieć, że przechowywanie i przesyłanie danych kosztuje. Koszty ponoszą przede wszystkim dostawcy, ale pośrednio także my wszyscy. Jeśli dostawca musi przechowywać dziesięć razy tyle wiadomości na swoich serwerach i odbierać również dziesięć razy tyle danych, oznacza to, że musi wydać większe pieniądze na swoją infrastrukturę informatyczną. Filtrów antyspamowych w serwisach też nikt nie pisze i nie instaluje za darmo. To, że mamy narzędzia antyspamowe do darmowych kont na portalach oznacza, że ktoś te narzędzia musiał stworzyć, a ktoś inny poniósł w związku z tym koszty. Koszty, które np. przekładają się na wyższe ceny reklam w portalach, a przez to wyższe ceny reklamowanych produktów. Koszty, które ponosimy wszyscy, z własnej kieszeni, kiedy idziemy do sklepu.

Tę sytuację mogę z kolei przyrównać np. do braku zainteresowania śmieciami na korytarzu w naszym bloku bądź też na naszym osiedlu. Często traktujemy je na zasadzie „ktoś przyjdzie i posprząta”. Tylko, że za tego „ktosia” i za wykorzystywane zasoby płacimy sami — przez czynsze, podatki, ZUS itp. Co gorsza, przez naszą ignorancję więcej płacą również inni. Nasi sąsiedzi, mieszkańcy osiedla itp. Tak samo, za ignorowanie problemu spamu przez niektórych internautów (a szczególnie osoby wysoko postawione w różnych strukturach organizacyjnych), płacą pozostali internauci. Ale ignorujących problem to nie interesuje.

Z czego wynika takie myślenie?

Nie potrafię odpowiedzieć na powyższe pytanie. Czy z egoizmu? A może z niemożliwości zrozumienia tych niezbyt złożonych prawideł społecznych oraz rynkowych? Nie wiem. Jednak bolesne jest to, że taka znieczulica staje się coraz bardziej powszechna, i nie tylko w kwestii spamu. Ciekaw jestem, co musi się stać, by ktoś reprezentujący takie podejście zrozumiał, że problem dotyczy również jego. Czy koniecznie sam musi być ofiarą?...

Tomasz Andrzej Nidecki, 02.06 2006